Disneyland - czyli nie taki człowiek stary…
Pomysł z Disneylandem został podsunięty dość wcześnie w naszym planowaniu urlopu. W zasadzie całkowicie sceptycznie do tego podchodziłem. Człowiek ma już swoje lata (24 zdaje się) i raczej powinien z takich rzeczy wyrosnąć już dawno. Na słowo Disneyland przychodziło mi na myśl ściskiwanie się z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. No…jednakże Akemi nie chciała odpuścić więc cóż mogłem powiedzieć?
Disneyland to jedne wielkie miasteczko (a w zasadzie 2). Na przejście wszystkich atrakcji w Disneylandzie potrzebny jest cały dzień. Następnie jedzie się do hotelu Disney Resort aby się wyspać no i drugi dzień spędzić w Disney Sea - tak samo wielkiego jak i nie większego.
Wstaliśmy z wielkimi bólami o godzinie 8 rano, aby móc być na miejscu o 10 jak tylko zaczynają wpuszczać ludzi. No i tutaj pierwszy Zonk tego dnia. Linia JR miała awarię i cały ruch został kompletnie zatkany. Na stacji metra przy Disneylandzie nie mogliśmy wyjść tyle osób tam było. Jeden wielki mur…który był także na stacji poprzedniej i następnej. Pomysł z taksówką był bardzo dobry…gdyby dało się takową szybko znaleźć. Taxi hunters tacy jak my wyglądali na bardziej zdesperowanych od nas i walka z nimi raczej nie miała sensu. Szczególnie 2 nastolatki które starały się iść tam gdzie my tyle tylko, że parę kroków bliżej. Po godzinie szukania w końcu udało nam się znaleźć taksówkę którą jechaliśmy 1 stację przez 1.5 godziny.
No, ale wszystko poszło w niepamięć jak w końcu udało się nam dotrzeć na miejsce. Na początku miałem myśli typu “co ja tutaj robię”. Wydawało mi się, że takie 2 dinozaury jak ja i Akemi będą tam odrobinę nie na miejscu. No i w tutaj się całkowicie zdziwiłem. Nie tylko była masa ludzi w naszym wieku…była też cała masa dziadków, rodzin, punkowców, paru zawodników sumo, lolitek, muzyków i wszelkiej maści innych ludzi. Nie ważna była przynależność grupowa, wiek czy też rozmiar portfela - wszyscy tam bawili się tak samo. Wydawało mi się to dziwne, ale Akemi powiedziała, że Myszka Miki jest dla japończyków bohaterem. Mała osóbka z wielkim sercem która niczego się nie boi. Dzień minął bardzo szybko, zakończył się jak każdego dnia wielkim pokazem sztucznych ogni i paradą. Wszyscy zaczęli się rozchodzić tak samo jak my… załapaliśmy się na autobus do hotelu, gdzie padliśmy od razu na łóżko kompletnie bez sił.
Drugi dzień zaczął się od śniadania Szefa Kuchni. Jakoś mnie nie zdziwiło, że tym szefem kuchni była Myszka Miki. Od przyjazdu do Japonii w ogóle przestałem się czemukolwiek dziwić…uwierzcie mi…tak jest łatwiej dla Gaijina w Japonii. Mam oczywiście zdjęcie jak się ściskałem z narzeczoną Myszki Miki i Kaczorem Donaldem…ale tych zdjęć nikomu nie pokażę
Disney Sea jest przeznaczony już dla starszych dzieci. Atrakcje są tam bardziej ekscytujące i ekstremalne. Szczególnie polecam przejażdżkę z Indianą Jones w poszukiwaniu zaginionej Arki (wielka kula spadająca na Was…każdy w majty robi czy ma 10 czy 60 lat) oraz Tower of Terror (bezwładny lot 10 pięter w dół windą) Tak samo jak w Disneylandzie dzień kończy się wielką paradą oraz pokazem. Z dna jeziora wynurzają się 2 wielkie smoki, jeden zieje ogniem, drugi wodą i w blasku świateł i wybuchów opowiadają o spotkaniu dwóch żywiołów (no mniej więcej coś takiego tam było).
Trudno mi się doczepić do czegoś w Disneylandzie. Wszystko na najwyższym poziomie. Organizacja, dopracowane elementy dekoracji, żadnej tandety (no może oprócz tego co sprzedawali w sklepach). Niezapomniane chwile, boski klimat i zero żalu co do wydanych tam pieniędzy.